"No więc Dukla. Dziwne miasteczko, z którego nie ma już dokąd pojechać. Dalej jest tylko Słowacja, a jeszcze dalej Bieszczady, lecz po drodze diabeł powtarza jak litanię swoje "dobranoc" i nic z rzeczy ważnych się nie przydarza, nic, tylko kruche domy przycupnięte przy szosie jak wróble na drucie, a pomiędzy nimi wietrzne wygony nieodmiennie zakończone niebem, które wznosi się a potem przegina, zawisa nad głową, by wesprzeć się o przeciwległy skraj horyzontu. Tak jest - Dukla, uwertura pustych przestrzeni. Dokąd pojechać z Dukli? Z Dukli można tylko wracać. Podkarpacki Hel, urbanistyczna Ultima Thule. Dalej już tylko drewniane chyżki i betonowe okruchy corbusierowskich bastardów - czyli rzeczy, z którymi pejzaż daje sobie jakoś radę. Na pekaesowym dworcu nigdy nie stoją więcej niż dwa autobusy. Ciężarówki z Rumunii zwalniają na chwilę, na pięćset metrów, a przy Bernardynach cisną już do dechy.
Wypija się piwo w Granicznej, wychodzi na środek Rynku i wyobraźnia puchnie jak balon z lekcji fizyki, włożony pod klosz pompy próżniowej. I wtedy Dukla staje się centrum świata, omfalos uniwersum - rzecz, w której zaczynają się wszystkie rzeczy, rdzeń, na który nizają się kolejne warstwy ruchomych zdarzeń, nieodwracalnie zmienionych w nieruchome fikcje: Dorożka jednokonna z Iwonicza 3 korony, dwukonna 7 koron, dyliżans korona pięćdziesiąt. Dyliżans odchodzi o 6:00, 7:30 i o 2 po południu. Spać można w zajeździe u Lichtmanna za koronę pięćdziesiąt, zjeść w pokoju śniadankowym u pana Henryka Muzyka. Trzy tysiące mieszkańców, z czego dwa i pół to Żydzi. Rok, powiedzmy, 1910. Wszystko razem przypomina sepiową fotorafię albo stary celuloid - jedno i drugie łatwo płonie i zostawia po sobie puste miejsce. To tak, jakby spłonął czas. Gdy niszczeją rzeczy istniejące w przestrzeni pozostaje po nich próżnia, którą napełniamy innymi rzeczami. A jak jest z czasem? Prawdopodobnie zrasta się jak coś organicznego i snuje się dalej, bo przyzwyczajeni jesteśmy do ciągłości, która przypomina trochę nieśmiertelność. A jeśli po Mniszchowej, Żydach i dorożkach zostały jakieś miejsca, jakieś nie zajęte przestrzenie, jakieś dziury, podobne do tych wypalonych papierosem w wyjściowym ubraniu?
No więc gdy powracam do Dukli nie obchodzą mnie dyliżanse ani Żydzi, ani reszta. Interesuje mnie tylko to, czy czas jest artykułem jednorazowego użytku jak, dajmy na to, higieniczna chusteczka Povela Corner z Tarnowa. Tylko to."
Andrzej Stasiuk,
Dukla, Gładyszów 1999.
Agata Chrzanowska, Dukla, 2007.
Dukla is an end and a beginning. There is nothing beyond this place. The world ends and begins on its marketplace, under the town hall, next to the PTTK hostel.
Dukla has no time and is a no-place. It is a back side of the idea of a place, its negative and its fulfilment.